Truman. Twój przyjaciel / Capote (2005)

Zamykam oczy i słyszę Twój nietuzinkowy śmiech, Philipie Hoffmanie.

Obraz Benetta Millera to produkcja z 2005 roku. Po seansie nie ośmieliłabym się powiedzieć, iż Capote potrzebuje zaledwie roku, by świętować dziesięciolecie swojego powstania¹. Nic nie wskazuje na kilkuletność produkcji, a plastyka obrazu jest tak dobra i tak dzisiejsza, jakby wyszło się z kina przed minutą.

Capote to dramat oparty na podstawie biografii Trumana Capote’a, Geralda Clarke’a. Reżyser skupia się na historii dotyczącej okresu powstania, rzekomo jednej z najlepszych, powieści w Stanach Zjednoczonych, Z zimną krwią. Pisarz Truman Capote (Philip Hoffman) po przeczytaniu rubryki w „The New York Times”:

Mord na farmie. Ginie cała rodzina. H.W. Clutter, jego żona i dzieci znalezieni martwi w domu w Kansas.

postanawia przelać na papier wydarzenia owiane tajemnicą tego tragicznego dnia, mające miejsce w roku 1959.

Truman Capote był osobą jedyną w swoim rodzaju. Jak sam twierdził jest jeden jedyny T.C. Nie było nikogo takiego przede mną i nie będzie po mnie. Z czym całkowicie się zgodzę. Wskutek tej wyjątkowości można go było kochać bądź nienawidzić, rzadko pozostawiał człowieka obojętnego wobec siebie. Pierwszy raz popieścił mnie Śniadaniem…, a dzisiaj im bardziej zagłębiam się w jego życiorys tym częściej przekonuję się, że jest mi bliski.

Kadr z filmu Capote (2005)
Kadr z filmu Capote (2005)

O ile sam pisarz może wzbudzać skrajne emocje, umówmy się, iż nie byłoby tego filmu bez Philipa Hoffmana. Zamknęłam swoje ramy poznania i nie pojawi się już dla mnie żaden inny odtwórca sylwetki amerykańskiego mistrza pióra. To co zrobił Hoffman wychodzi poza granice aktorstwa. On wskrzesił Trumana. Podarował widzom to, co za życia przekazywał sam Capote.

Historia odzwierciedlająca ówczesną rzeczywistość, niemal jeden do jednego, jest doskonałym obrazem psychologicznym człowieka. W filmie Millera każda z postaci opiewa w dobrze skonstruowany model sylwetki w taki sposób, by można było zająć się nim zupełnie oddzielnie – nie ważne czy jest to główny bohater, Smith, Lee, gdyż swoją uwagę egzystencjalną przyciąga także jednostka prawna, Alvin Dewey (Chris Cooper).

Na pierwszy plan wysuwa się bezapelacyjnie postać Trumana Capote’a. Pisarz z blizną trudnego dzieciństwa, wspomnieniami o zaburzonych relacjach z matką i niespełnionym pragnieniu miłości nauczył się zamykać swoje serce. Nie posiadając tej umiejętności za młodu, wykorzystywał ją w późniejszym okresie życia.

Informacja o niekonwencjonalnej zbrodni otwiera pewnego poranka umysł pisarza tak, by przez kolejne lata będzie mógł poświęcać się jej wnikliwej analizie i tworzeniu swojego ostatniego, w pełni dokończonego, dzieła. Sama podróż do Kansas zdradza nam jakiej wielkości ego rozpiera artystę, który każde płacić za pochlebstwa w swoją stronę. To był Truman, którego przyjaciele znali na wylot i kochali takiego jakim był. Dowodem tych relacji jest postać jego asystentki i przede wszystkim przyjaciółki, Nelle Harper Lee (Catherine Keener), a także wieloletniego partnera, będącego zupełnym przeciwieństwem artysty, Jacka Dunphy’ego (Bruce Greenwood).

Kadr z filmu Capote (2005)
Kadr z filmu Capote (2005)

Potężną pozycją w całej produkcji są relacje pisarza z zabójcami, do końca niejasne i niezrozumiałe, a także same postaci morderców. Twórca od samego początku określił swój cel i trzymał się go do samego końca. W trakcie wnikania w szczegóły, które miały miejsce w niewielkiej posiadłości w Holcomb, budował relacje oparte na zasadach przyjaźni głównie z Perry Smithem (Clifton Collins), z którym miał rzekomo (niepotwierdzony) romans. Dokarmiając go w celi, określa się słowami To ja, Truman. Twój przyjaciel. Nie był obojętny również wobec Richarda Hickocka (Mark Pellegrino).

Inicjacja przyjaźni, dzięki wspólnym, długim rozmowom na temat przeszłości, rodziny wytworzyła zaufanie którym Capote został obdarowany. Za sprawą ufności stworzył sobie bazę do pozyskania cennych informacji, w wyniku czego kilka lat później świat poznał Z zimną krwią. W tym filmie widziałam dwóch Trumanów, który z nich był prawdziwy? Capote dążący do wydania bestselleru, którego wielkości był świadomy jeszcze przed napisaniem pierwszych słów powieści; który po poznaniu długo wyczekiwanych szczegółów pragnie jak najszybszej egzekucji swoich bohaterów, a może Capote, który popada w depresję i pogrąża się w smutku po ostatnim pożegnaniu? Nie jest to sytuacja jednogłośna, mimo iż na samym początku jesteśmy świadkami rozmowy, w której dostajemy odpowiedź dotyczącą podejścia artysty do uczciwości, a jej zarys jest o tyle ważny, iż przewija się przez całą fabułę w naszej podświadomości:

Gość: Wystarczy być uczciwym?
Capote: Niekoniecznie trzeba być uczciwym. A przynajmniej nie pytać (…) Najważniejsza jest szczerość wobec siebie.

Możemy domniemać, iż Truman był cyniczny w swoim postępowaniu, karmił więziennego przyjaciela wygodną prawdą, dobierał sobie to co chciał przekazać odbiorcy; nie był uczciwy, zwłaszcza w kwestii powieści. Jak pamiętamy, unikał pytań dotyczących tytułu książki i etapów jej powstawania; liczyło się tylko to co było najważniejsze dla niego, a ta dwójka była jedynie kurami znoszącymi złote jaja.

Kolejnym, ciekawym i ważnym aspektem w filmie jest budowanie sylwetki morderców. Nie mamy do czynienia tu z czystą pogardą wywołaną przez stopień popełnionego czynu. Zabójcy, zwłaszcza Smith, dostają jakby w prezencie od reżysera i samego pisarza namiastkę człowieczeństwa. Pokazują nam w ten sposób, że mimo iż dopuścili się mordu, zachowali w sobie część uczuć, które gwarantują byt człowieczeństwa. Dobrze odwzorowuje to sam akt zabójstwa – poderżnięcie gardła i rozstrzelanie rodziny Clutterów jest nie do zaakceptowania, jednak Smith i Hickock, co jest wręcz absurdalne, kruszą twardą skorupę duszy i wykazują się troską o swoje ofiary tj.: podkładają pod ciało Cluttera deskę, po to by było mu wygodnie, a resztę domowników kładą do łóżek, przygotowując ich do ostatniego snu. Równie szokujące są słowa Smitha:

Kompletnie nam odbiło (…) Przywiązaliśmy Clutterowi ręce do rury pod sufitem. Wyglądał marnie więc go odciąłem. I zaniosłem mu pudło, żeby miał się o co oprzeć. Zapytał o żonę i córkę. Odpowiedziałem, że nic im nie jest i szykują się do snu. (…) Patrzył mi prosto w oczy, jakby czekał aż go zabiję. Jakbym wyglądał na mordercę… Pomyślałem, że ten miły człowiek się mnie boi. Zrobiło mi się wstyd. To był naprawdę miły facet.

Capote Millera jest w mojej kolekcji małym arcydziełem. To obraz przede wszystkim aktorstwa najwyżej jakości, ale także obraz człowieka, który czasami bez powodu dokonuje najgorszych czynów; wizja człowieka, który jest w stanie posunąć się do wszystkiego po to by postawić ostatnią kropkę w swoim dziele. To nie tylko historia znanego pisarza i dwóch morderców oparta na faktach, to historia setki ludzi, po których pozostało wspomnienie i którzy jeszcze się nie narodzili.


¹ Recenzja z 2014 roku.