Zaufana pielęgnacja – TOP 8

Musiało minąć sporo czasu i kosmetyków bym mogła z radością powiedzieć, że mam swoich ulubieńców i nie kończę na jednym opakowaniu. Staram się wybierać produkty naturalne, z dobrym składem, jednak życie mnie nauczyło, że nie zawsze ma to szczęśliwy finał, a skóra mieszana i skłonna do zapychania stanowczo tego nie ułatwia.

Był moment, w którym nie mogłam sobie poradzić z zapchaną skórą. Im bardziej chciałam, starałam się, tym było gorzej. Dopiero po czasie olśniło mnie, by stosować regularnie peeling. I voilà – problem rozwiązany (o ile jestem systematyczna, bo z tym też mam od czasu do czasu problemy). Peelingi stosuję tylko enzymatyczne, a ten z Tołpy spełnia wszystkie zadania, których oczekuję od tego typu kosmetyków… ma jeszcze jedną właściwość – bardzo pięknie pachnie!

Jakiś czas temu na rynku pojawiła się seria Bielendy, Botanic Spa Rituals. Uwagę na tę linię kosmetyków zwróciłam dopiero kiedy pojawiły się, na stronie, u dziewczyn PIGGYPEG (jeżeli jeszcze nie znacie Ani i Moniki to czas najwyższy odwiedzić ich stronę!).

Zupełnie przez przypadek zakupiłam zestaw BOTANIC SPA RITUALS (linia przeciwzmarszczkowa Opuncja Figowa + Aloes). Do kremów wszelkiej maści cały czas się przekonuję. Jednak ten produkt ułatwia to zadanie, gdyż jest po prostu dobry! Moje serce skradła śmietanka do oczyszczania i demakijażu. Nie maluję się mocno, dlatego jej delikatność i skuteczność wpisała się w moją rutynę pielęgnacyjną wyśmienicie. Jest jeszcze maleństwo – serum – po które sięgam rano i wieczorem. Nadaje się idealnie pod makijaż, a przy podkładzie mineralnym miałam z tym trudności i w ostatecznym rozrachunku rezygnowałam z jakiejkolwiek bazy i zabezpieczenia (nie było to zbyt mądre). Do dzisiaj jestem pełna podziwu jak iście delikatna i gładka jest moja skóra po nałożeniu tego serum.

Dopiero po zebraniu wszystkich kosmetyków w jednym miejscu widzę, że z powodzeniem mogłabym być ambasadorką Bielendy. SUPER POWER MEZO SERUM – to mój ulubieniec od dłuższego czasu. Świadczy o tym również fakt, że właśnie kończę trzecie bądź czwarte opakowanie. I czas najwyższy kupić nowe. Nie wyobrażam sobie wieczornej pielęgnacji bez tego produktu. Początkowo bałam się współpracy mojej skóry z kwasami. Całe szczęście nie muszę stopniować użytkowania i po serum sięgam za każdym razem kiedy tego potrzebuję; codziennie, niekiedy dwa – trzy razy w tygodniu. Cenię jego działanie zwłaszcza w momencie, w którym wiem, że przesadziłam z dotykaniem twarzy, a w okolicach kobiecych dni jest niezastąpiony. Niespodzianki z reguły znikają w ciągu nocy.

Olejek z Alterry to jeden z tych uniwersalnych kosmetyków, które posiadam w swojej kosmetyczce. Używam go do zmywania mocnego/wodoodpornego makijażu, zabezpieczania końcówek włosów, nawilżania skóry, jako dodatek do olejowania włosów. Jest to produkt, który po prostu jest i wracam do niego systematycznie.

Cóż… nie jest to typowy produkt pielęgnacyjny, chociaż zagłębiając się w tę kwestię dłużej, mogłabym zmienić zdanie – zważając na jego skład i dobroczynne działanie. Do produktów mineralnych zabierałam się jak pies do jeża i to kilkukrotnie. Chciałam – rezygnowałam – chciałam – rezygnowałam. Aż w pewnym momencie stwierdziłam, że jak nie teraz to kiedy? I tak od kilku opakowań jestem wierna marce Annabelle Minerals. A dokładniej podkładowi kryjącemu, w kolorze golden fair. Przyznaję, pierwsze razy były specyficzne; trzeba się minerałów nauczyć, wypracować swoją metodę… Nie boję się używać wersji kryjącej na większe wyjścia, bo wiem, że sobie świetnie poradzi. Decydując się na taki rodzaj produktów do makijażu, warto mieć na uwadze, że mogą być mniej trwałe od tych „chemicznych”. Mając do wyboru naturalny wygląd (ajjj, nie jestem fanką przysłowiowych tapet), delikatne świecenie i po kilku dobrych godzinach zebranie warstwy sebum bibułką a nałożenie na skórę produktów przepełnionych chemią, wybieram to pierwsze.

Pielęgnacja włosów cały czas jest dla mnie studnią bez dna. Obecnie skupiam się na ograniczeniu wypadania włosów. Jestem w fazie eksperymentów, więc jak macie swoje sprawdzone produkty w tej kwestii z przyjemnością o nich poczytam!

Jest jeden produkt, który „kocham i nienawidzę jednocześnie”. Pobudza wzrost nowych włosów w trybie ekspresowym i równie mocno śmierdzi. Uwierzcie na słowo – mój mąż ucieka za każdym razem, gdy użyję wcierki Banfi. Pierwsze razy były najgorsze. Dzisiaj jestem w stanie przeżyć, ale nie jest łatwo. Kiedy czytałam o tym produkcie w Internecie nie chciałam wierzyć – jak to, że aż tak…..? Jeżeli jesteście w stanie wyobrazić sobie zapach kapusty i ogórków kiszonych w połączeniu z zapachem chemicznym to wiecie czego się spodziewać. Czy warto? Warto!

Ostatni produkt również zakupiłam z „internetowego polecenia”. Problemów z rozstępami nie mam, mamą nie jestem – a to moje drugie opakowanie! Oliwka Mamas Babydream, z świetnym składem, skradła moje serce ze względu na prostotę i uniwersalność. Z powodzeniem używam jej do olejowania włosów, lecz jest to zadanie poboczne. Niestety zaliczam się do tego typu kobiet, które o balsamowaniu ciała zapominają albo nie mają na to czasu. Mnie uratował właśnie ten produkt. Zaraz po kąpieli, jeszcze na mokrą skórę nakładam oliwkę i czekam dosłownie chwilę, aż się wchłonie, wycieram się i to tyle! Moja skóra jest potwornie nawilżona – bez tłustego filmu.